Mój pierwszy raz w Ameryce. Część trzecia

0
331
Envato Elements

You are so beautiful – powiedziała śliczna Mulatka dotykając moich włosów. Właśnie stałam w kolejce do odprawy na lotnisku z ciocią i wujkiem.

Komplementy zawsze są miłe. Tak jak wszyscy ludzie w Stanach większość jest tu dla siebie miła. Odniosłam wrażenie, że jest to wręcz przekoloryzowane. Każdy wita się z Tobą pełnym energii “Hi, how are you?”. Nieważne czy to sklep, bank, pustynia…

Ze względu na to, że jestem bardzo kontaktowa, bez problemu wchodziłam z nowo poznanymi osobami w szybki small talk. Była to miła odmiana po polskiej depresji, gdzie zazwyczaj słyszysz “W…..j” 🙂 a ludzie są po prostu sfrustrowani. Może ta amerykańska pozytywna energia bierze się z popularnego u nich Prozacu i Xanaxu…

A tak w ogóle to skoro już jesteśmy przy medykamentach – w czasie pobytu próbowałam kupić leki antyalergiczne, identyczne jak te, które w Polsce dostępny są bez recepty. Owszem, w Stanach także są bez recepty, ale musisz podać wszystkie swoje dane, po czym sprawdzają cię w systemie.

Jedno rzuciło mi się w oczy – bardzo duża ilość ludzi na ulicach jest bezdomna, pod wpływem narkotyków i z chorobami psychicznymi – a jestem typem obserwatorki, więc było to dla mnie trochę przerażające. Dopytałam się o to cioci. Powiedziała, że w Ameryce ludzie nie mają zapewnionej opieki medycznej od państwa, jeżeli chcesz się leczyć – płać. I to srogie pieniądze. Nie masz pieniędzy – radź sobie sam (ale o tym może w osobnym artykule).

Wracając do tematu. Wraz z ciocią i wujkiem pofrunęliśmy w stronę Los Angeles do syna cioci i jego żony. LA z lotu ptaka zrobiło na mnie wielkie wrażenie, a po wylądowaniu spotkała mnie miła niespodzianka. Pilot zapytał kto chciałby zobaczyć kokpit. Ze względu na mój lęk przed lataniem byłam pierwsza w kolejce (taka chora konfrontacja ze swoim lękiem). Kapitan United Airlines był oczywiście bardzo miły i dał mi zrobić zdjęcia w jego czapce za sterami samolotu. This is my little niece, she is from Poland – dodał wujek wymieniając heheszki z kapitanem. Czułam się zupełnie jak dziecko, chociaż kapitan samolotu wiedział gdzie leży Polska. 🙂

Przywitały nas gorące promienie słońca Los Angeles. Cieszyłam się, że poznam swojego przyszywanego kuzyna i jego żonę.

Zaczęliśmy zwiedzanie od wspólnego obiadu w Santa Monica, dzielnicy otoczonej pięknymi plażami i palmami. I wyruszyliśmy prosto do Alei Gwiazd… Standardowo i turystycznie. Dolby Theatre, w którym odbywa się coroczne rozdanie Oscarów, było olbrzymim obiektem. Mnóstwo turystów z całego świata oraz cała masa dziwnie pokręconych ludzi marzących o sławie, a w tle napis “Hollywood” siedzący sobie na wzgórzach. Następnie wyruszyliśmy do Universal Studios. To ogromny park rozrywki, w którym jest mnóstwo filmowych atrakcji. Transformery (polecam!), dom strachów żywcem wyjęty z “Żywych trupów”, “Park Jurajski” czy zamek Harrego Pottera, w którym kręcono film!

Najlepszy jednak był wjazd na teren wytwórni filmowej specjalnymi meleksami, pod opieką ciągle uśmiechniętego przewodnika. Mijaliśmy miasteczka wybudowane specjalnie na potrzeby produkcji filmowych, po czym wjeżdzaliśmy do tunelu prosto… w kataklizm, wyjeżdżając prosto na rozbity samolot i miasteczko prosto z westernu. A wszystko zrobione to z niesamowitą dokładnością. Mój błędnik wręcz pływał w endorfinach a szczęka bolała mnie od krzyków i uśmiechów. Wrócę tam na pewno jeszcze przed śmiercią 🙂

Sama pracuję w branży filmowej, ale widząc na żywo Hollywood dotarło do mnie, jak ogromny jest to biznes w Ameryce. Ilość tego wszystkiego wręcz krzyczy ci w twarz. Make money – jak to zwykł mawiać wujek.

Na sam koniec pojechaliśmy do Griffith Observatory zobaczyć wzgórza Los Angeles. Było już ciemno ale widok i tak był niesamowity, wszędzie miliony światełek. Patrzyłam w dal i myślałam – a może gdzieś w oddali to jedno światełko to dom Jacka Nicholsona, który właśnie siedzi nad basenem popijając gin. Anyway czułam, że jet lag dopada mnie niczym Jack Torrance z “Lśnienia”.

Air – powiedział żartobliwie do mnie Wujek – jaką chcesz pizzę? Wegeteriańską – odpowiedziałam. Musiałam nabrać siły na Las Vegas!

Ciąg dalszy nastąpi…

DŻI

Mój pierwszy raz w Ameryce. Część druga

SKOMENTUJ

Dodaj komentarz
Wpisz swoje imię